Odwiedź nas na facebooku

DZIEWCZYNA W LISIEJ CZAPIE cz. 1

Wiatr szumiał za oknem, a siedzący na strychu Piotrek kończył właśnie szósty kapelusz. Jutro ojciec jechał na targ, więc cała rodzina pracowała do późna, żeby przygotować ich jak najwięcej.

Piotr przyszył ostatni guzik i odłożył kapelusz na stolik. Odchylił się na krześle i przymknął na moment zmęczone pracą oczy.

Nagle między trzask kominka i szum wiatru za oknem wdarł się okrzyk, a zaraz po nim ciche przekleństwo. Chłopiec odczekał chwilę, nasłuchując z zaciekawieniem, ale gdy nikt się nie odezwał, wstał i otworzył okno. W księżycowej poświacie napotkał parę ciemnych oczu ocienionych futrzaną czapką, chyba z lisiej skórki.

    -    Na co się gapisz? - usłyszał dziewczęcy głos, nieco suchy i ochrypły, jak u chłopca. Przyjemny.

    -    Ja... Ee... - na moment go zamurowało. - Czemu unosisz się w powietrzu? - wydukał.

Dziewczyna cmoknęła, jakby z niesmakiem, że zadał takie oczywiste pytanie. Gdyby nie to, że pod jej stopami ziała pusta przestrzeń, wyglądałaby tak, jakby stała na pewnym gruncie. 

    -    Spadłabym z dachu, ale ten świat jeszcze ze mną nie skończył - powiedziała, jakby to cokolwiek wyjaśniało. Nie była właściwie ładna, na ile mógł ocenić w tym świetle - zbyt długi nos, zbyt drobny podbródek - ale w jej twarzy było coś, co przykuwało uwagę. Krótkie ciemne włosy miała związane w kitkę zieloną wstążką. - No nic, muszę się wdrapać jeszcze raz. Potrzymałbyś mi to przez chwilę? - dopiero teraz zwrócił uwagę na płócienną torbę, którą trzymała w lewej ręce.

    -    Oczywiście - odebrał od niej pakunek. Był dość ciężki i sądząc po kształcie zawierał w sobie kilka jabłek, gazetę i dwie paczki mąki lub cukru. 

    -    Dzięki - zrobiła krok w bok, jakby szła po niewidzialnej platformie, po czym zaczęła wspinać się po ścianie. 

Piotr patrzył na to z rozchylonymi ustami. Jak na jego gust kamienne mury nie dawały żadnego oparcia dla rąk i nóg, ale dziewczyna poruszała się jak pająk, najwyraźniej wykorzystując do wspinaczki najmniejsze szczeliny. Chwilę później zniknęła mu z oczu. Usłyszał nad głową skrobanie, gdy wdrapała się na dach. 

    -    Piotr, masz jeszcze trochę tych perłowych guziczków? - to jego młodsza siostra Zuta weszła do pokoju.

    -    Tak, są w szufladzie.  - rzucił, nie odwracając się od okna. 

    -    A nie wiesz, gdzie może być moja...? - urwała. - Ojej!

W tej chwili w oknie pojawiła się gruba lina, a sekundę później stopy i reszta ciała dziewczyny. 

    -    Wielkie dzięki - odebrała z rąk Piotra torbę. Nagle pobladła. 

Chłopiec odwrócił się, próbując ustalić na co patrzy nieznajoma. Zdziwił się, gdy zrozumiał, że ta wpatruje się w Zutę. W nocnej koszuli i z rudymi włosami wymykającymi się z warkoczyków jego siostra nie stanowiła zbyt imponującego widoku.

    -    Wszystko w porządku? - zapytał.

    -    Jasne – jej głos brzmiał normalnie. Musiało mu się zdawać. - Dzięki - wzięła z jego rąk torbę. 

Gdzieś w pobliżu ktoś głośno zagwizdał. 

    -    Oho, czas na mnie - odezwała się dziewczyna. Narzuciła torbę na ramię i zaczęła z imponującą szybkością wspinać się po linie.

    -    Zaczekaj, dokąd idziesz?! - pisnęła Zuta. 

Dziewczyna odkrzyknęła coś co zabrzmiało jak: “Statekmiucieknie!” i zniknęła.

Przez dłuższą chwilę Piotr i Zuta wpatrywali się w nocne niebo. Oboje mogliby przysiąc, że zobaczyli coś, co przypominało kształtem kadłub statku.

*

Dziewczyna w lisiej czapie weszła do komory kuchennej.

- Wróciłam! - zawołała i rzuciła zakupy na stół. - Dobry wieczór, Marianno.

- Dobry wieczór, K. - smukła dziewczyna pochylała się nad kotłem. Nie odwracając się, pomachała jej ręką, w której nie trzymała chochli. Jej wdzięczne białe skrzydła, zwykle starannie przygładzone, oklapły od wilgoci. -  Coś ciekawego w mieście?

K pomyślała o dziewczynce o rudych włosach, a właściwie o kimś, kto bardzo ją przypominał.

- Nie - wzięła ze stołu obtłuczone jabłko i wbiła w nie zęby; cierpki sok spłynął jej po brodzie. - Nic ciekawego.

***

- Totalna katastrofa.

- Nieprawda!

- To. Tal. Na.

- Zjadłam całe dwie porcje! Jak inaczej mam cię przekonać, że to jest jadalne?

- Zawsze jesz moje wyroby, nawet jeżeli są okropne - Marianna szturchnęła łyżką szarawą breję, na której już zaczynał tworzyć się kożuch. - Poza tym "jadalne" brzmi w twoich ustach jak obelga. Nie obchodzi cię co jesz - wytknęła jej.

- Znasz mnie. Po prostu mam mocny żołądek - K odchyliła się na krześle i przesunęła wzrokiem po kolejnej stronie gazety. Same bzdury. Najtańszy brukowiec. - Poza tym to jest jadalne. Ni mniej, ni więcej.

Gdy natrafiła na fragment o utopionym w studni dziecku, odrzuciła z niesmakiem magazyn. Ten trafiłaby na wyciosaną w ścianie półkę, ale wtedy drzwi się otworzyły i nagła zmiana trajektorii wypchnęła nieszczęsne pisemko za okno.

- O, rany - mruknął chłopiec stojący w drzwiach. - Mam nadzieję, że to nie było nic ważnego.

Pewnie nie, pomyślała K. Ale znowu niczego się nie dowiedziałam.

Chociaż, z drugiej strony, czego właściwie oczekiwała? Wieści z Katlerdamu nie stanowiły raczej tematu na pierwszą stronę wiejskiej gazety wątpliwej jakości.

- Nic ważnego - zabrała nogi z sąsiedniego krzesła w geście zaproszenia. - Wstali już?

- Trudno powiedzieć - Marcel posłał jej rozbawione spojrzenie i klapnął na krzesło po jej prawej. - Dzień dobry, Marianno - powiedział, odrobinę zbyt radośnie.

- Dobry - bąknęła Marianna w odpowiedzi. Dołączyła do załogi dwa miesiące temu, ale nadal czuła się swobodnie tylko w towarzystwie K. Cokolwiek Marcel by nie robił, zawsze była zawstydzona jego obecnością. K doprowadzało to do szału, ale była w tej materii bezradna.

- Może owsianki? - zaproponowała K, podsuwając Marcelowi miskę.

- E, podzięku... - napotkał jej miażdżące spojrzenie. - Bardzo chętnie - poprawił się natychmiast. Nałożył sobie kopiasty talerz i zaczął mechanicznymi ruchami wkładać ją sobie do ust.

- Niebo w gębie! - wydukał z pełnymi ustami.

Marianna nic nie odpowiedziała na tak oczywiste kłamstwo, ale uśmiechnęła się kącikiem ust.

K zmusiła się, żeby nie prychnąć. 

- Jesteście beznadziejni - oznajmiła zamiast tego.

Marianna się przygarbiła.

Szlag, pomyślała. Miała być miła. Maria i tak wiele przeszła. Za karę ugryzła się w język.

- Nie ty, ty jesteś świetna. To on jest beznadziejny. 

- W jakim aspekcie? - odezwał się zaspany głos. Choć może nie tak zaspany, żeby nie użyć słowa "aspekt". Zignorowała go.

- Beznadziejnie jeździsz konno, beznadziejnie się wspinasz... - wyliczała.

- Nie każdy musi wspinać się na wszystko, co się rusza - zaprotestował Marcel.

- Chyba na wszystko, co się nie rusza? - odezwała się Marianna.

- Obawiam się, że K wspina się na wszystko, niezależnie od tego, czy się rusza, czy nie.

- Hej, rozmawiamy o twoich wadach, nie moich! - brnęła dalej K.

- Moim zdaniem to zaleta, nie wada - wtrąciła Marianna nieśmiało.

- Ach, tak? To słuchaj, raz widziałem, jak próbowała wleźć na...

- Jestem głodny - oznajmił Franek donośnie.

- ... a najgorsze, że zrobiłaby to, gdybym jej nie powstrzymał. Spadłaby i by się zabiła.

- Ja nie spadam - przypomniała mu K. 

Oboje wiedzieli, że to nieprawda. 

- Fakt, ale gdybyś spadła...

- Ja też jestem głodna - odezwał się cienki głosik. Celinka ujmującym gestem przecierała zaspane powieki.

- O, dzień dobry, Celinko - Marcel uśmiechnął się szeroko. K obserwowała rozbawiona jak na widok dziewczynki jego twarz się rozjaśnia. Rozumiała go. Celina była ślicznym dzieckiem, a różnobarwne oczy tylko dodawały jej uroku. K miała do niej słabość. - Siadaj, nałożę ci owsianki.

- Nie znoszę owsianki - burknął Franek. Twarz miał rozespaną, a zaczątki jeleniego poroża ledwo było widać ponad ciemną czupryną. Był mały jak na swoje dziesięć lat, ale słownictwa i godności pozazdrościłby mu niejeden szlachcic.

- Tobie nie proponuję - odparła oschle. - Weź sobie coś z kredensu

Franek zaczął myszkować w szufladach, a K odchyliła się z zadowoleniem na krześle. Odkąd opuścił ich Kapitan, rzadko czuła prawdziwy spokój, ale tego ranka była temu bliska. Gdyby tylko ta rudowłosa dziewczynka nie przypomniała jej o Klarze...

Przymknęła oczy.

    -    Ej, kolego, tego lepiej nie jedz - usłyszała głos Marcela.

Otworzyła oczy, w samą porę, żeby zobaczyć, jak Franek pakuje sobie do buzi garść księżycowych owoców. Marcel posłał jej udręczone spojrzenie. Zaczęła rechotać tak mocno, że poczuła ból w okolicach przepony. 

 

*

Nieco później wymknęła się z kuchni na górny pokład, żeby zaczerpnąć nieco świeżego powietrza. Usiadła na podkutych metalem deskach i wysunęła nogi za barierkę. Lubiła oglądać z tego miejsca wschody słońca i nawet dzieciarnia jej w tej czynności nigdy nie przeszkadzała. Była im za to wdzięczna. W ten sposób zbierała siły na kolejny dzień. 

Usłyszała za plecami lekkie kroki.

    -    Mogę dołączyć? - usłyszała głos Marcela. Jemu jednemu dała dawno temu nieme przyzwolenie na dołączanie do niej w słoneczne poranki.

Kiwnęła głową, nie odwracając się.

Poczuła, jak przyjaciel siada i opiera się plecami o jej plecy. Siadywali tak jeszcze w Korpusie, gdzie często nie było wolnego kawałka ściany, o który mogliby się oprzeć. 

Matka, ojciec, ludzie z Korpusu, a teraz Kapitan. Dorośli zawodzą, dorośli kłamią. Odchodzą, a oni, młodzi, idą dalej. Tak powinno być, odezwał się głos z tyłu głowy.

Gówno prawda, odezwał się inny głos. Nic nie jest takie jakie powinno być.

    -    To już prawie rok - powiedziała na głos.

Marcel nie musiał pytać o co jej chodzi. Często rozmawiali o Kapitanie i o powodach, dla których ich opuścił. 

    -    Obiecał, że wróci.

    -    Czy któryś z dorosłych, których znasz dotrzymał danego słowa? 

Zastanowił się.

    -    Tak. Kiedyś jeden z oficerów z Korpusu zagroził, że mnie uderzy i zrobił to.

Pamiętała to. Krew poplamiła mu czystą koszulę i K pomagała mu ją prać.

Prychnęła i szturchnęła go łokciem. Przez chwilę siedzieli w ciszy przerywanej tylko stukotem mechanizmów wewnątrz statku.

    -    Jak my sobie poradziliśmy? - spytała półgłosem. Jedną ręką bawiła się swoją wstążką.

Spojrzał na nią koso.

    -    Jak zwykle. Po prostu.

Po prostu. Westchnęła. Czuła się staro jak na swoje szesnaście lat. Jak na ten wiek miała stanowczo zbyt wiele dzieci.

Pociągnęła nosem.

    -    Czujesz ten smród? 

Marcel nabrał powietrza w płuca.

    -    Tak. Co to?

    -    Pewnie w kontenerze gnije woda. Musimy go opróżnić i wyszorować.

    -    Brzmi jak dobry plan. 

Przyjaciel podał jej jabłko. Uniosła je do ust i wbiła w nie zęby. Tęskniła za swoim sadem, za jabłkami ciepłymi od słońca, z których matka robiła jabłecznik. K wspinała się na jabłoń, a ojciec krzyczał do niej z dołu, żeby uważała. Zawsze uważała, nigdy nie spadła, nigdy nie złamała gałęzi. Potem przeprowadzili się do miasta, zniknął sad i jej ukochany kucyk i mała żaglówka, którą pływała po jeziorze, a pojawiły się dachy, Klara i ulice pełne śmiechu. Dopóki wszystko się nie zmieniło.

    -    Zbliżamy się do Klaterdamu - usłyszała głos Marcela. - Rozwinąć drabinkę? Marianna powiedziała, że potrzebuje cukru.

Dachy, Klara i ulice pełne śmiechu. Swąd spalenizny, płacz dziecka, zimna ręka matki pod jej palcami i sylwetka Klary niknąca w porannej mgiełce.  Nie zostawiaj mnie, krzyczała do K, ale ona i tak piłowała linę. Piłowała i piłowała, a nóż zwędzony z korpusowej kuchni ślizgał się jej w dłoni, aż pękło ostatnie włókno.

    -    Nie. Obędziemy się bez cukru. 

Nie zostawiaj mnie!

    -     Jesteś pewna? Franek będzie marudził.

Nie zostawiaj mnie!

    -     Franek wytrzyma - zgrzytnęła zębami. - Nigdy nie wrócę do tego przeklętego miasta.

Nie zostawiaj!


 

***

 

DZIEWCZYNA W LISIEJ CZAPIE cz. 1
0
0
1
0
0

Zostaw komentarz