Odwiedź nas na facebooku

DZIEWCZYNA W LISIEJ CZAPIE CZ. 3

 

- Mogło być gorzej - stwierdziła Klara.

- Tak? 

- Mógłby zacząć padać śnieg.

K średnio to pocieszyło. Kuliła się pod na wpół zapadniętym dachem kanciapy, słuchając jednym uchem paplaniny dzieci, a drugim nieudolnych prób nawiązania rozmowy przez Klarę. Maria narzuciła na skrzydła płaszcz, który upodabniał ją do garbuski i poszła na targ po coś do jedzenia, a Marcel udał się na poszukiwania mechanika. Wyglądało na to, że nie zwrócili niczyjej uwagi. Uliczka, na której rozbił się statek była opuszczona i kończyła się ślepym zaułkiem; z okien kamieniczek ziała ciemność. Tylko odgłosy miasta – stukot kół, tętent kopyt na bruku, pokrzykiwania dzieci - przypominały im o tym, że w mieście toczy się życie. 

Że to miasto nie jest miastem duchów. 

Zaraz chyba oszaleję, pomyślała. Zerknęła kątem oka na Klarę. Szara opaska Korpusu, koszula w prążki, spodnie na szelkach, płaskie buty za kostkę – nic, co by sugerowało, że jest córką jednego z najbardziej wpływowych ludzi w mieście. 

- Twój ojciec nie miał nic przeciwko, żebyś dołączyła do Kurierów?

Klara spojrzała na swoją opaskę. 

- Nie wszystko w tym mieście zależy od mojego ojca – nie mówiła tego ze złością, wydawała się raczej zmęczona. 

Dorosła, stwierdziła K ze zdziwieniem.

- Dawno dołączyłaś?

- Pół roku temu. Musiałam wyrwać się z domu.

Zapadło milczenie, które przerwał Franek. Ciemne kędziory miał skręcone od wilgoci; między nimi bielały zaczątki poroża, z których był taki dumny.

- Zostaniesz z nami, jak K naprawi statek? - oczy miał duże i ufne. Oczy dziecka, które K tak bardzo starała się obronić przed okrucieństwem tego świata.

Klara spojrzała na K ponad jego głową. 

- Jeżeli będę mile widziana – w jej jasnych oczach błysnęła zaczepka.

K poczuła w piersi płomień irracjonalnego gniewu.

- Najpierw musimy naprawić to, co zepsułaś. Co to za pomysł, wchodzić na statek, który leci sto metrów nad ziemią i nigdy się nie zatrzymuje? Mogłaś się zabić.

- Miałaś tyle lat co ja teraz, kiedy uciekłaś.

- Tak, ale... - urwała. Nagle poczuła się bardzo głupio. - Miałam swoje powody.

Klara nie odezwała się od razu. 

- Dlaczego mnie zostawiłaś? - spytała w końcu, nie patrząc na K.

Coś w jej głosie sprawiło, że K poczuła ukłucie w piersi.

- Myślałam, że to oczywiste. Byłaś małym dzieckiem, miałaś rodzinę. Miałaś bezpieczny dom i nie musiałaś całymi dniami harować za miskę zupy i przywilej noszenia opaski. Miałaś wszystko.

- Nie przyszło ci do głowy, że też miałam swoje powodu, żeby nigdy tu nie wracać? 

Poczuła gulę w gardle. Coś w tonie Klary ją niepokoiło.

- Myślałam... - zaczęła.

- Co myślałaś?

- Myślałam, że będzie ci tu lepiej - wypaliła. 

- Że będzie mi tu lepiej?! - Klara spojrzała na nią z niedowierzaniem. - Miałam osiem lat, Nika! Miałam starszą siostrę, która nie chciała mnie znać, matkę, która uważała mnie za głupią gąskę i ojca, którego nigdy nie było w domu. Tak, miałam dom, ale czułam się w nim obca. 

K nie odpowiedziała od razu. Miała mentlik w głowie. Czyżby praca i smutek po śmierci rodziców pochłonęły ją do tego stopnia, że nigdy nie zauważyła, że rodzina Klary nie jest taka, jak K chciała ją widzieć? Może po prostu nie chciała tego widzieć.

- Przepraszam - wyszeptała. 

Klara oparła brodę na kolanie.

-  Kiedy jeszcze mieszkałam przy Piątej Ulicy i ty wprowadziłaś się do domu naprzeciwko, byłam najszczęśliwszym dzieckiem na świecie - bawiła się swoją opaską. - Wszystkie dzieciaki za tobą szalały. Wszystkie chciały być tam, gdzie ty; robić to, co ty. Nawet Marcel, który miał lęk wysokości, dla ciebie nauczył się wspinać. 

K parsknęła na wspomnienie tamtych czasów. Biegała za nią cała ferajna z Piątej Ulicy, ale tylko Klara dotrzymywała jej kroku, mimo, że była najmłodsza w grupie. Na nią nigdy nie trzeba było się oglądać. 

- Nie poprawił się specjalnie od tamtego czasu. Wciąż wspina się gorzej niż ty kiedyś - syknęła, bo przypadkiem dotknęła rany na łydce. 

- Mocno cię boli?

- Nie - otarła palce o spodnie. - To dziwne. Nigdy jeszcze nie spadłam. To znaczy... - machnęła ręką. - Wiesz o co mi chodzi.

- Tak, pamiętam.

Jej sztuczki ze wstążkami i sznurkami, niewidzialne bariery chroniące ją przed upadkiem - to były drobnostki, ale właśnie w takich przyziemnych rzeczach przejawiała się szara magia. Nikt nie mógł jej kontrolować - w przeciwieństwie do czerwonej odmiany magii - ona po prostu istniała, tak jak wiatr, deszcz i słońce. To ona napędzała statek oraz od dziecka chroniła K przed upadkami z wysoka. I przed chorobami, o czym dowiedziała się dopiero, gdy ludzie z Korpusu znaleźli ją przy zimnym ciele matki. “Nie powinnaś była przeżyć” - powiedzieli jej medycy. Przez tydzień była na kwarantannie, ale nie zachorowała. Nigdy nie chorowała, jakby wszechświat wiedział, że musi być silna, że musi przeżyć i po odejściu Kapitana móc go zastąpić, móc zapewnić dom Marcelowi, Marii, Frankowi i Celince. 

- To dziwne – Klara podciągnęła nogawkę spodni. - Też taką mam - pokazała K bladą bliznę na łydce. Miała tę samą długość co rana K.

- K! - to Maria wróciła z koszem pełnym jedzenia. Miała zafrasowaną minę. - Mamy problem. Marcel dotarł do warsztatu, ale powiedziano mu, że potrzebuje jakiegoś stempelka. Teraz stoi w kolejce i moknie, a warsztat zaraz zamykają. Możliwe, że będziemy musieli zaczekać do jutra.

Westchnęła. Wstała, wspierając się na prowizorycznej kuli i podeszła do statku. Leżąc na burcie, przypominał wyrzucony na brzeg wrak. Ten widok łamał serce. K zajrzała do schowka na dziobie, w którym trzymali mapy, książki, pióra, atrament, gazety oraz – niech dzięki będą sentymentalizmowi! - dwie wypłowiałe szare opaski. K wsunęła sobie jedną na ramię. 

- “K”? - Klara przesuwała palcem po imionach wyrytych na jednej z desek pokładu i zatrzymała go na pojedynczej literze “k”. - To ty?

- To ja – K szperała w schowku. 

- “K” od “Anika”?

Anika, która dawno porzuciła to imię, uśmiechnęła się kącikiem ust.

- “K” od “Kapitan”. Zawsze chciałam zostać piratem, pamiętasz?

Klara uśmiechnęła się szeroko.

- Zaprowadź mnie do tego warsztatu - K wcisnęła sobie pod pachę plik papierów i potężne tomiszcze “Podstaw etykiety i zasad dobrego wychowania”, po czym zatrzasnęła schowek. - Mam już serdecznie dość tego przeklętego miasta. 

*

- Trochę się tu zmieniło, co?

- Tak, ale zapach jest taki sam – K nabrała powietrza do ust. Dym z fabryki pozostawił jej na języku gorzki posmak.

Mijali właśnie piekarnię, przed którą stała długa kolejka.

- Kiedyś o tej porze nie byłoby takiego tłumu - mruknęła K.

- Niedawno wprowadzili nowy system racjonowania pieczywa. Bułki, chleb, wszystko jest na kartki. Mąki jest mało, bo przez ostatni rok wiele pól poszło z dymem. Teraz każdy bochenek jest cenny.

- Rozumiem - powiedziała K, bo naprawdę rozumiała. Z pokładu statku widziała wiele słupów dymu; wiele nocy rozświetliła czerwona łuna. To właśnie przed tym starała się chronić Celinę i Franka; to właśnie dlatego czuła, że zawiodła Klarę. Klarę, która przez cztery długie lata była w samym centrum tego szaleństwa. - Przykro mi.

Klara potrząsnęła głową.

- Jako córce generała nie żyło mi się aż tak źle. Po prostu... – znowu potrząsnęła rudą grzywką. - Cieszę się, że cię widzę.

Może nie było to wybaczenie, ale zawsze jakiś początek. K nabrała otuchy.

- To tu – zatrzymały się w bocznej alejce, przed smętnie wyglądającym budynkiem z szarawej cegły. 

- Uroczo - skwitowała K. 

- W oknach wisiały na sznurkach wątpliwej urody dekoracje z kół zębatych i kluczy. O ścianę warsztatu opierał się potężnej postury chłopak w futrzanej czapie, którego twarz przypominała trochę koński pysk. Na ich widok skrzyżował na piersi potężne ramiona.

- Stempel Korpusu albo spływajcie - zerknął na opaski na ich ramionach. - Nie mamy czasu na kolejne pęknięte szprychy w rowerach. 

K uśmiechnęła się promiennie.

- Momencik, zaraz znajdę - wzięła do ręki plik papierów wziętych z pokładu i zaczęła je zapamiętale przeglądać. - O, rany, niezdara ze mnie! - wyrwało jej się, gdy podmuch wiatru wyrwał jej z ręki kilka kartek. - Mógłby mi pan to chwilkę potrzymać? - podała chłopakowi książkę, którą trzymała wcześniej pod pachą. On odruchowo ją złapał, ale musiał do tego pochylić się do przodu, a wtedy K uniosła kulę i z rozmachem uderzyła go w potylicę. Padł u jej stóp jak ścięty dąb.

- Tępa góra mięcha - splunęła. Nie znosiła tego kwaśnego powietrza. - Dobre wychowanie jest zawsze mile widziane - wyjęła książkę z jego bezwładnych palców i otrzepała tom wierzchem dłoni. 

- Czy on... żyje? - Klara pochyliła się nad leżącym, bardziej z ciekawością niż ze zmartwieniem.

- Widzisz jaką ma grubą czapkę? Nic mu nie będzie - dźgnęła chłopaka czubkiem buta, po czym kichnęła donośnie. - Musimy go przenieść. 

Tutejsze powietrze wyraźnie jej szkodziło.

*

Mechanik okazał się patykowatą dziewczyną w umazanych smarem ogrodniczkach, która niezbyt przejęła się zniknięciem swojego wykidajły ani tym, że nie mieli stempla. Gdy usłyszała z jakim problemem przychodzą, chwyciła torbę z narzędziami i kazała natychmiast zaprowadzić się do miejsca, w którym się rozbili. Na widok statku, który - po kilku próbach - został postawiony do pionu wspólnymi siłami, zagwizdała cicho i z zapałem zabrała się do roboty.

- Ale cacko - zacmokała dziewczyna, zaglądając do maszynowni. - Nigdy czegoś takiego nie widziałam.

Po chwili była już całkiem pochłonięta pracą.

W tym czasie wrócił przemoczony Marcel i wszyscy jednogłośnie stwierdzili, że przyszła pora coś zjeść. 

- Chcesz? - Marcel zaoferował Klarze część swojego jabłka. Przyjęła ją z nieśmiałym uśmiechem.

- Do wieczora powinniśmy odlecieć - odezwała się K, a Klara nagle posmutniała.

- Jesteś przyjaciółką K? - zapytała Marianna, czym natychmiast wzbudziła zainteresowanie dzieci. Tak, jest jej przyjaciółką. Tak, ma starszą siostrę. Nie, nie lubi robali. Nie, nigdy nie widziała morza. Przez dłuższą chwilę była zasypywana pytaniami. I jakoś w czasie tej rozmowy z ramion Klary zniknęło napięcie, a w oczach pojawiła się pewność, że tym razem K jej nie zostawi, że odlecą wszyscy z tego cuchnącego dymem miasta i nigdy nie wrócą.  Nie wiedziała, że w tamtej chwili K uważnie przyglądała się jej drobnej poważnej buzi i temu jak cierpliwie tłumaczyła Celince jak działa zapalniczka. K przypomniała sobie, że w dobrych czasach, czasach dachów i śmiechu, zawsze przychodziła do Klary, gdy miała zły humor albo gdy pokłóciła się z Marcelem. Klara nigdy nie narzekała, nigdy nie oczekiwała, że K będzie znała wszystkie odpowiedzi. Po prostu była przy niej, dobra i cicha, i cierpliwie znosiła jej humory.

- Polecisz z nami? - odezwała się nagle K, a Klara spojrzała na nią; jasne oczy odnalazły ciemne.

- Tak - odpowiedziała po prostu.

- Skończyłam! - z maszynowni wynurzyła się jasna głowa, nieco umorusana smarem. - Działa jak marzenie.

Wszyscy wznieśli radosne okrzyki.

Zapłacili dziewczynie, po czym załadowali się na statek i odlecieli, żegnani jej wesołym pogwizdywaniem. 

K stwierdziła ze zdziwieniem, że po raz pierwszy w życiu zbiera jej się na katar. Było to dziwne uczucie. Zupełnie tak, jakby po raz pierwszy mogła sobie pozwolić na słabość, bo będzie przy niej ktoś, przy kim nie musi być zawsze silna. 

*

Wiatr przybierał na sile. Stojąca na górnym pokładzie Klara nabrała w płuca porządny haust chłodnego powietrza. W miarę jak oddalali się od miasta, ciężki aromat dymu i prochu zanikał na rzecz łagodnego zapachu soli.
Zbliżali się do morza.
Od naprawienia usterki minęły dopiero dwa dni, ale na razie wszystko wskazywało na to, że naprawa zakończyła się sukcesem. Latający statek stukał wesoło swoją maszynerią w uspokajającym rytmie, a pokład kołysał się łagodnie przy każdym podmuchu wiatru. Klara nigdy w życiu nie czuła takiego spokoju. Usłyszała za plecami nierówne kroki.
- Zbliżamy się do morza. - K wsparła się o barierkę obok Klary, opierając brodę na rękach. - Czuć już sól i wodorosty.
Klara nigdy dotąd nie widziała morza.
Zerknęła koso na przyjaciółkę. K owinęła szyję szalikiem Marcela, a drewnianą kulę wcisnęła sobie pod pachę. Krótkie włosy miała w nieładzie. Wciąż była bardzo osłabiona i wyglądało na to, że najbliższy tydzień spędzi w łóżku, co - jak przystało na kogoś kto nigdy dotąd nie chorował - wydawało się K absurdalne.
- Wyjdę i już - oświadczyła Marcelowi, gdy ten zabronił jej wychodzić na pokład, nawet gdy będą przelatywali nad Kattegat. - Nie widziałam go od roku. Nie każ mi czekać kolejny rok.
- Jeśli wyjdziesz na tę wichurę, przez najbliższy rok będziesz wykasływać sobie płuca - stwierdził Marcel.
- Dla takiego widoku warto. - odparła wtedy K i mrugnęła do Klary, po czym kichnęła donośnie.
Teraz K wychyliła się nieco za barierkę i utkwiła wzrok w jakimś punkcie w oddali.
- Jest - mruknęła i oczy jej rozbłysły.
Klara spojrzała w szarawą mgiełkę unosząca się nad ziemią i otworzyła szerzej oczy ze zdumienia. Z ust wyrwał się jej cichy okrzyk.
Okazało się, że ziemia nie jest tak odległa, jak jej się z początku wydawało. To, co w pierwszej chwili uznała za mgłę, okazało się dymem z kominów. A może chmurami? Może jednym i drugim? W tej gęstej jak śmietana warstwie zamajaczyła wieża strażnicza o iglicy ostrej jak sopel lodu.
Bardziej poczuła, niż zobaczyła, że K się uśmiecha.
- Spójrz!  - Obłoki się przerzedziły, a wschodzące słońce odbijało się w oknach domów i rozświetlało wąskie uliczki. - Są coraz bliżej! Znowu spadamy?!
- Nie - uśmiech K był jak promyk słońca w mglisty poranek. - To Kattegat, najwyższej położone miasto po tej stronie morza.
Klara obserwowała z zachwytem jak na ich oczach samotny jeździec, chyba jeszcze dzieciak, wstrzymał konia i spojrzał w górę. Pomachał im energicznie, aż podskoczyła torba, którą miał na ramieniu.
- Co on robi tak wcześnie rano?
- To listonosz. Taką ma pracę - odezwał się Marcel. Uśmiechał się szeroko. On i Marianna najwyraźniej siłą wyciągnęli z łóżek Franka i Celinę, bo ci wciąż mieli na sobie piżamy i mrugali zawzięcie, trąc zaspane oczy.
- Och, spójrzcie! - Marianna doskoczyła do barierki, aż zadźwięczał metal. Jej białe skrzydła niespokojnie młóciły powietrze. - Tam na dachu ktoś jest!
- Bredzisz, jest piąta rano - K wyjrzała ponad jej ramieniem i wytrzeszczyła oczy.
Na dachu rzeczywiście ktoś był.
Na widok statku drobna postać zerwała się z posłania i śmignęła po dachówkach, zarzucając w biegu plecak.
- Hej...! - usłyszeli cienki głosik, ale resztę zdania zagłuszył wiatr. - Ja... lecieć!
- Ludzie, co ona mówi? - Marcel zmarszczył brwi.
K pobladła nagle.
- Ona chce z nami lecieć.
Zamarli na moment.
- Ruchy! - wykrzyknęła K. - Dawajcie drabinę!
Marcel rzucił się do kajuty po liny, a pozostali dopadli do barierki.
Franek wychylił się i pomachał zamaszyście.
- Biegnij! - zawył, trzepocząc szalikiem jak sztandarem. Oczy mu się śmiały.
- Dasz radę! - pisnęła Celnika.
Uszy Klary przeszył ostry wizg.
To K wsunęła palce do ust i gwizdnęła przenikliwie.
- Biegnij! - zawołała dziko.
- Biegnij! - zawyli wszyscy z całej duszy.
Biegnij.

 

DZIEWCZYNA W LISIEJ CZAPIE CZ. 3
0
0
1
0
0

Zostaw komentarz