Odwiedź nas na facebooku

DZIEWCZYNA W LISIEJ CZAPIE CZ.2

 

- Chyba sobie jaja robicie – K odchyliła głowę do tyłu, żeby ogarnąć wzrokiem skalę problemu. - Co ja jestem, glonojad? - Szturchnęła szczotką na próbę ścianę kontenera. Stróżka oślizgłej mazi spłynęła smętnie na podłogę. - Ohyda. 

Stali we wnętrzu ogromnej beczki na deszczówkę. Opróżnili ją dziś rano, gdy zrozumieli, że to ona jest źródłem nieprzyjemnego zapachu. Zastała woda zostawiła na ściankach grubą warstwę szlamu, którego teraz trzeba było się pozbyć. 

K westchnęła. 

- Celina, przynieś, proszę, szczotki. A ty, Franek, skocz po wiadro - przesunęła wzrokiem po zielonych ścianach. - Wróć, dwa wiadra. I całą masę szczotek. Właściwie to wszystkie wiadra i wszystkie szczotki, jakie znajdziecie.

Dzieci ruszyły cwałem i uszu K dobiegł pełen urazy okrzyk, gdy jedno popchnęło drugie przed wejściem na drabinkę. Nie odwróciła się. 

- Jak sądzisz? - spytała Marcela. - Może piasek pomoże?

- Może - Marcel nie wydawała się przekonany.

Coś jej się przypomniało. 

- Zwinąłeś drabinę? - przed przelotem nad miastem trzeba było szczególnie na to uważać. Gdyby drabina o coś zahaczyła, mieliby spory problem.

Zmarszczył brwi.

- Jasne, jak zwykle. Czemu pytasz?

- Bez powodu. Tylko się upewniam - myśl o drabinie już opuściła jej głowę.

W tym momencie Franek wrzucił do kontenera pęk szczotek. 

Marcel jęknął.

- Nie jęczeć, tylko do roboty - wyłowiła ze stosu szczotkę z najdłuższą rączką i z rozmachem zaatakowała nią ścianę. 

Dźwięk, jaki wydało szorstkie włosie na metalowej ścianie był naprawdę nieprzyjemny. 

Przypominał szloch dziecka.

***

Cztery lata wcześniej

- Niech ten bachor się zamknie.

- Przestań już. To pewnie jeden z nowych.

- Mówię poważnie. Zaraz szlag mnie trafi – Ka odwróciła się przez ramię, próbując zlokalizować winowajcę. Bezskutecznie. W kwaterze było zbyt wiele dzieci i po wczorajszym bombardowaniu jeszcze miało ich przybyć. Na samą myśl o tym rozbolała ją głowa. 

- Jeszcze wczoraj powiedziałbym, że te wrzaski to twój żołądek - Marcel wcisnął sobie do ust kawałek chleba.

Zignorowała zaczepkę. Przez śnieżycę spóźniła się wczoraj na posiłek i musiała się zadowolić kawałkiem świątecznego ciasta, które przyniosła jej Klara. 

- Oddałbym opaskę za kawałek tego placka od Klary - odezwał się Marcel. - Tej to jest dobrze.

- Chociaż jej jednej - wygarnęła z miski ostatnią łyżkę gulaszu i wcisnęła sobie do ust. Danie było niedosolone, wodniste i zbyt tłuste. Cudownie rozgrzewało. - Powinieneś się cieszyć. 

- Wybacz - bawił się swoją opaską. Niedługo oboje mieli zacząć szkolenie medyczne i zmienić szarość kurierów na czerwone opaski Korpusu Medycznego. Ojciec Marcela, podobnie jak jej, był lekarzem. Obaj zginęli w czasie jesiennej zarazy, zaraz po tym jak K z matką przeprowadziły się do miasta. - Patrząc na nią, nie potrafię powstrzymać zazdrości. 

- Zazdrość to nie to samo co zawiść - odstawiła miskę i ukryła ręce w rękawach kurtki. Nogi bolały ją od konnej jazdy, ale przynajmniej miała pełny brzuch. - Tą pierwszą mogę ci wybaczyć.

- Ulżyło mi - prychnął.

Wzniosła oczy do nieba.  Wiedziała, że wcale nie było im najgorzej – mieli opaski, suche miejsce do spania i pracę - ale w Katlerdamie nikt nie był bezpieczny. We wczorajszym bombardowaniu zginęło dwoje kurierów i czworo medyków. Sama K uniknęła tego losu tylko dzięki śnieżycy, która opóźniła jej dostawę przesyłek. Nadal na samą myśl o tym robiło jej się niedobrze. Jedynie mieszkańcy najwyższych poziomów - jak Klara i jej rodzina – mogli nie martwić się o to czy ich bliscy wrócą wieczorem do domu. Gdyby tylko mogli opuścić to miasto na zawsze...

No właśnie. Dzień Przylotu się zbliżał.

- Naprawdę to zrobimy? - zapytał ją szeptem Marcel. Jak zwykle odgadywał jej myśli zanim wypowiedziała je na głos. - Jeżeli to wypali, możemy nie wrócić do miasta w ciągu kilku lat.

Odchyliła głowę do tyłu, opierając ją na ramieniu przyjaciela. Było jeszcze wilgotne od śniegu; nie zdjął kurtki. Pachniał dymem. 

- Nie na tym nam zależy? - odszepnęła. Nie mieli do kogo wracać. 

Prawda?

- Wiesz o kogo mi chodzi. 

- Jest w innej sytuację niż my. Zrozumie.

- Ma osiem lat!

Zgrzytnęła zębami. 

- Więc tym bardziej nie może lecieć z nami - darowała sobie szept. - Ma rodzinę, dom i jest bezpieczna.

- Ale Klara...

- Nie poleci! Nie zabiorę ją na statek - odwróciła się gwałtownie. Poczuła, że smagnęła przy tym go włosami, ale nie dbała o to. - Nie odbiorę rodzicom dziecka - spotkała rodziców Klary tylko raz, ale wiedziała, że muszą uwielbiać swoją córkę. Jak ktokolwiek mógłby jej nie uwielbiać? - Nie rozdzielę sióstr. Ty też miałeś siostrę, prawda?

Drgnął.

- Zosię - jego głos stwardniał. - Miałaby teraz sześć lat. 

- Gdyby żyła, opuściłbyś ją teraz?

Jego szare oczy pociemniały. 

- Nigdy - odparł bez wahania.

- No właśnie.

Zwinęła się w kłębek na podłodze i przymknęła oczy. Świetnie, jeszcze trochę i przekona samą siebie, że zostawienie Klary w mieście to dobry pomysł.

 Płaczący dzieciak wreszcie ucichł.

 

*** 

Ostatecznie musieli użyć piasku. Zasypany nim śluz znacznie lepiej schodził i wkrótce niemal udało im pozbyć się nieprzyjemnego zapachu. Pozostało im pozbyć się zużytego piasku i doprowadzić do porządku samych siebie.

- W porządku? - Marianna podała K rękę, gdy ta poślizgnęła się na drabince.

- Pewnie - przyjęła ją, uważając, żeby nie ścisnąć zbyt mocno kruchych jak u ptaka kosteczek. - Poza tym, że śmierdzę i lepię się od potu, jest nieźle. 

Marianna machnęła lekko skrzydłami; owiał ich chłodny podmuch.

- Ale wykonaliśmy kawał roboty. - Marcel wyciągnął przed siebie obolałe ręce. 

- To fakt - K zaburczało w brzuchu. Od śniadania nic nie jadła - Co jest na kolację? - spytała, przygotowana na najgorsze. 

- Zrobiłam cały stos kanapek – Maria uśmiechnęła się szeroko. - Wiem, że okropnie gotuję, ale robię naprawdę dobre kanapki. 

- K, zobacz! - przydreptała do niej Celinka, a zaraz za nią Franek. - Franek nauczył mnie robić ptaszki z papieru - pokazała jej kanciastego łabędzia. - To dla ciebie - podała go jej.

- Dziękuję - K uniosła ptaka do oczu. - Jak ma na imię?

- Sebastian.

- Zaopiekuję się Sebastianem - poklepała go palcem po papierowej głowie i włożyła go do kieszeni spodni. - Umiesz robić jakieś inne ptaki?

- Tylko kaczki i łabędzie - zniżyła głos do szeptu. - Chociaż one wyglądają prawie tak samo.

- Wcale nie! - zaperzył się Franek, ale zaraz ucichł, co wydało się K podejrzane.

- O co chodzi? - oparła dłonie na biodrach. - Coś zmalowaliście?

- Nie! - zaprotestował chłopiec. - Po prostu... - strzelił spojrzeniem w bok jak zawsze, gdy chciał o coś poprosić.

- Zrób sztuczkę ze wstążką! - Celinka pociągnęła ją za rękę z błagalną miną. - Prooszę...

A więc to tak. Westchnęła.

- Dobrze, zrobię sztuczkę ze wstążką.

Dzieci wymieniły uszczęśliwione miny, a ona kucnęła i zdjęła wstążkę z włosów. Przez chwilę obracała ją w dłoni, po czym pstryknęła palcami i – puf! - wstążka zniknęła. Dzieci zapiszczały z uciechy.

- Jeszcze raz!

- Później, teraz biegiem do kuchni. Kanapki same się nie zjedzą.

 Pobiegli cwałem do kuchni, a K skierowała kroki do swojej kajuty. Był to niewielki pokoik z paroma drewnianymi meblami i jednym okrągłym oknem usytuowanym tuż przy łóżku. Na szafce nocnej leżała jej zielona wstążka o wystrzępionym brzegu. K wzięła ją i związała sobie nią włosy.


 

*

- Ostatecznie kanapki też były okropne.

K fuknęła, otrzepując okruszki z koszuli. Jej kanapki smakowały.

- Pewnie dlatego, że Franek zamienił dla żartu cukier z solą.

- Sza, bo Maria usłyszy - Marcel parsknął i wsadził sobie resztę kanapki do ust. 

Wyszli na dolny pokład, bo w maszynowni nagle coś trzasnęło i musieli ustalić przyczynę hałasu. Statek nie wymagał węgla, żagli ani nawigatora - napędzała go czysta magia. Perpetuum mobile, mawiał Kapitan. Machina poruszała się po stałej orbicie, nigdy nie się nie zatrzymując. Zdarzało jej się zwalniać tylko nad miastami – kiedy mieszkańcy statku musieli zejść i kupić niezbędne sprawunki. Zwykle robiła to K. 

Teraz jednak coś było nie tak.

- Czujesz? – Marcel musiał przytrzymać się barierki. - Pokład się buja - posłał jej przerażone spojrzenie. - Co u licha?!

Coś ją tknęło. Podbiegła do barierki i wychyliła za nią głowę.

Drabina była rozwinięta. Ktoś musiał wejść na pokład.

Zaklęła siarczyście.

- Marcel, idź na rufę i sprawdź... - urwała, bo w tej samej chwili napotkała nad ramieniem przyjaciela dwoje niebieskich oczu i burzę rudych loków. 

- Anika? - oczy Klary były wielkie jak spodki. Wydawała się spłoszona. Na ramieniu miała opaskę. Szarą jak popiół. 

- Klara - zaschło jej w gardle. - Coś ty zrobiła?

Nie zdążyła powiedzieć nic więcej, bo nagle świat się przechylił i Klara straciła równowagę. K zareagowała błyskawicznie; wyciągnęła rękę i – jak szybko to się wydarzyło! - złapała Klarę za szelki spodni. Kątem oka zobaczyła, że te zahaczyły o wystający ze ściany pręt.

- Anika! - ręka Klary ześlizgnęła się z koszuli K.

K straciła grunt pod nogami i runęła ku ziemi.

*

Prawdę mówiąc, skłamała w rozmowie z Marcelem. Zdarzało jej się spadać. Spadała z dachów, drzew, wież strażniczych, raz nawet z rozpiętej między domami liny (tamten zakład akurat przegrała). Ale nigdy nie zdarzyło jej się upaść.

Anika!

To, dziwne, pomyślała, zanim gruchnęła o ziemię, nikt od dawna mnie tak nie nazywał.

*

- Anika, obudź się!

- K, musisz się ocknąć.

- Anika!

***

Wiatr szumi jej w uszach, palce grabieją jej od zimna. Anika czuje jak Klara wchodzi za nią na drabinkę; jest tuż za nią. Wyciąga więc nóż i zaczyna piłować. 

- Nika, co robisz? 

- Zamknij się - syczy, nie przerywając czynności.

- Ka, proszę, przestań. Ona spadnie!

- Zamknij się, Marcel!

- Nika, proszę! 

Od siebie, do siebie, śpiewa nóż. Od, do, od, do, od, do.

- Anika, nie!

- Cii... - Anika zgrzyta zębami. - Tu nie jest wysoko. Nic ci się nie stanie.

- Nie zostawiaj mnie, Anika, proszę!

- Przepraszam. 

- Nie zostawiaj mnie! Nie zostawiaj!

Od. Do.

Lina opada. K zaciska oczy.

Otwiera oczy. Świat jest szary od mgły; jeszcze nie wzeszło słońce. Klara leży na dachu; Anice na chwilę zamiera serce. Nie, podnosi się! Gramoli się na nogi i staje na brzegu dachu. Twarz ma mokrą od łez, jej ciałem wstrząsa szloch.

- Anika, proszę! Anika!

*

- Anika! Obudź się!

K otworzyła oczy, po czym zamrugała, nie mogąc zrozumieć na co patrzy. W końcu dotarło do niej, że wpatruje się w deski i widniejącą między nimi dziurę, przez którą widać niebo. Wyglądało na to, że przebiła się przez przegniłe deski i wylądowała na czyimś strychu. Ze zdziwieniem poczuła, że leży na czymś miękkim, co mogło być starym łóżkiem lub sofą.

Klara pochylała się nad nią. Policzki miała czerwone od płaczu. Przybyło jej piegów, a jej twarz straciła dziecięcą krągłość, ale to była ona. Nad nią stał Marcel. Jego szare oczy pociemniały z ulgi.

- Martwiliśmy się, że została z ciebie mokra plama.

- Wiesz, że jestem w czepku urodzona - wychrypiała. - Już dobrze, młoda – Anika poklepała Klarę po rudej głowie. Jej prawą stopę przeszył ból, ale z ulgą go powitała. Z jej rdzeniem kręgowym było wszystko w porządku. -  Wszyscy są cali? Co ze statkiem? - przełknęła ślinę, przygotowana na najgorsze. 

- Nikomu nic się nie stało. Maria i dzieci zdążyli wyskoczyć, zanim statek przywalił w starą kanciapę. Na szczęście była pusta. W maszynowni puściło parę śrubek i dwa koła zębate są do wymiany, ale wygląda na to, że straty są minimalne.

Wypuściła powietrze z ust. Nie utknęli tu na zawsze. Będą potrzebowali mechanika.

- M-możesz wstać? - głos Klary zadrżał. 

K uniosła z wysiłkiem rękę. Czuła się tak, jakby ktoś obił ją kijem.

- Pomóżcie mi, to spróbuję. 

Marcel podszedł i wziął ją na ręce, ignorując jej protest.

- Postaw mnie! - spełnił jej życzenie dopiero, gdy ubodła go łokciem w żebra. Stęknął i ugiął kolana. - Psia mać! - wrzasnęła, gdy przeniosła ciężar ciała na prawą stopę. - Moja kostka!

- Możesz iść?! - zaniepokoił się.

Doskoczyła na jednej nodze do starej sofy. Ostrożnie zdjęła but i skarpetkę i obejrzała stopę. Na bladej skórze właśnie zaczynał tworzyć się paskudny krwiak. Dopiero teraz zauważyła, że drewniana drzazga rozpruła jej nogawkę spodni i zostawiła na łydce krwawy ślad. 

- Cholera - syknął Marcel. Przetrząsał kieszenie w poszukiwaniu kawałka materiału lub czystej chustki.

K obmacała dokładnie spuchniętą kostkę, ale stwierdziła z ulgą, że nie jest złamana. Zadrapanie na łydce krwawiło, ale nie było głębokie. 

- Będę żyć - skwitowała. Zakryła zadrapanie nogawką, po czym zabezpieczyła rozerwane brzegi swoją zieloną wstążką. Delikatnie wsunęła z powrotem but i uniosła się z sofy. Krzywiąc się z bólu, dokuśtykała do ściany, pod którą stał stary stołek barowy. Mocnym szarpnięciem odłamała mu jedną nogę, tworząc prowizoryczną kulę. - Prowadź do statku.

Poczuła na karku chłodną kroplę. Przez dziurę w dachu widać było kawałek szarego nieba.

Zaczęło padać.

*

 

 

DZIEWCZYNA W LISIEJ CZAPIE CZ.2
0
0
1
0
0

Zostaw komentarz