Odwiedź nas na facebooku

Koronanerwica z wózkiem w tle

Pierwsze zakupy w koronawirusowej rzeczywistości dają poczucie, jakbyśmy żyli na innej planecie, a przynajmniej przenieśli się w czasie. Jeszcze przed epidemią szybkie zakupy spożywcze wydawały się prozaiczną czynnością, którą może wykonać nawet dziecko. Dziś na sklepowy front wysyłamy najodważniejszych spośród domowników.

Moja początkowa euforia, związana z wyjściem do pobliskiego supermarketu, które po domowej izolacji traktowałam niczym wyjście na galę rozdania Oskarów, szybko ustąpiła, kiedy poczułam się jakbym walczyła o przetrwanie. Niczym bohaterka filmu katastroficznego podjeżdżałam pod kolejne sklepy, by wybrać ten z najmniejszą liczbą samochodów ustawionych na parkingu. Kiedy już udało mi się znaleźć najbardziej wyludniony supermarket, w mieście z ulgą zgasiłam silnik, szczelnie odziałam się w szalik i rękawiczki, po czym żwawym krokiem ruszyłam w stronę sklepowych drzwi. Już po ich przekroczeniu dałam po sobie poznać, że o panujących zasadach wiem niewiele. Ochroniarz, z miną nieznoszącą sprzeciwu, nakazał mi cofnąć się po koszyk. „Jak to? - Przecież ja założyłam sobie, że nie będę tych koszyków z zarazkami dotykać”. Cóż, plan spalił na panewce, a ja byłam zmuszona pokornie wykonać rozkaz.

Pchając przed sobą sklepowy wózek, nieśmiało minęłam podpierającego ladę ochroniarza, założyłam jednorazowe rękawiczki i ruszyłam na podbój sklepowych półek. Już na wejściu usłyszałam całą litanię komunikatów o zachowaniu bezpieczeństwa. Poczułam nieodpartą ochotę, by wybiec z krzykiem. Zachowałam jednak zdrowy rozsądek, choć nie wiem, czy pierwotny instynkt upolowania lodów czekoladowych można zaliczyć do kategorii zdroworozsądkowych.

W dziale z owocami i warzywami zmarnowałam tyle foliowych rękawiczek i woreczków, że matka natura nigdy mi tego nie wybaczy. Przekonałam się także, ile cierpliwości potrzeba, by dłońmi odzianymi w foliowe rękawiczki, otworzyć foliowy woreczek. Tak na marginesie, ustawienie w tym miejscu wystawy z lekami na nerwice potroiłoby obroty koncernów farmaceutycznych. Wracając do meritum, kiedy z przyzwyczajenia chwyciłam za kapustę i nie zabezpieczyłam jej folią, ogarnął mnie niemały strach. Na szczęście w porę się zorientowałam. Uff!!! Już nie wspomnę, że spociłam się przy tym niemiłosiernie.

Najgorsze było jeszcze przede mną. Nie zrobiłam listy zakupów, więc stojąc i czytając etykiety przy sklepowych półkach, miałam nieodparte wrażenie, że pozostali klienci sklepu, co chwila na mnie spoglądają, a wręcz stoją ze stoperem w dłoni i sprawdzają, jak długo się zastanawiam. Bałam się, że zostanę oskarżona o lekkomyślność i łamanie obecnie panujących, podczas robienia zakupów, zasad.

Na domiar złego, stojąc przy kasie, gdzie dużymi krzyżykami na podłodze zaznaczono odstępy między klientami, miły męski głos z głośników poinformował mnie, że można płacić jedynie kartą. Spojrzałam na pełen wózek i modląc się o cud zajrzałam do portfela. Czułam się jak zdobywca nagrody Nobla, kiedy wśród wizytówek i starych paragonów ujrzałam kartę. Na szczęście, zamiast komunikatu: "Houston, mamy problem", w mojej głowie zabrzmiało słowo: "Eureka!". Moje zakupy w czasach zarazy zakończyłam, lekko uśmiechając się do ekspedientki, która zza pleksy przesuwała moje zakupy.

Kiedy już wyszłam ze sklepu i bezpiecznie usiadłam w samochodzie, odetchnęłam z ulgą. Po chwilowym powrocie myślami do dni, kiedy było "normalnie", spryskałam dłonie płynem dezynfekującym i ruszyłam w jedynym dozwolonym kierunku: do domu!

Czy to wariactwo, że wstrzymując oddech, czekamy aż nieznajomy przejdzie na drugi koniec sklepowej alejki? Czy niepodawanie ręki na powitanie wejdzie nam w nawyk, a rozmowy będziemy prowadzić w dwumetrowych odstępach?

Na razie pozostaje nam wiara, że „jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie” i nasze życie towarzyskie wróci do normy, a zasady savoir-vivre nie będą podporządkowane pandemii koronawirusa.

0
0
0
0
0

Zostaw komentarz