Odwiedź nas na facebooku

Salceson i nutella

Za szczęściem gonimy jak za salcesonem. Kto nie lubi salcesonu, niech podstawi tu swoje ulubione jadło. Wbrew wszystkim depresyjnym, histeryzującym i buntowniczym twierdzeniom, jakie czasami wypowiadamy, gdzieś w głębi naszego jestestwa naprawdę chcemy być szczęśliwi. Tylko jak to się dzieje, że szczęście wciąż ucieka nam sprzed nosa, a jak już uda się kłapnąć paszczą i chwycić je na moment w zęby, zaraz wyślizguje się i znów trzeba za nim biec?

Był taki czas w moim życiu, że szczęściem było wylizanie łyżki nutelli, wydzielanej przez matkę raz w tygodniu ze słoika, który przyszedł w paczce z Reichu. Chowałam się z tym skarbem za wielkim fotelem w salonie, jakby mieli mnie tam dopaść wszyscy wyposzczeni czekoladomaniacy świata, i w nirwanie umysłu cieszyłam się życiem przez kilka minut. Zastanawiam się dziś, czy uszczęśliwiłoby mnie powtarzanie tego procederu przy zwiększeniu dawki nutelli i częstotliwości jej spożywania do kilkunastu razy dziennie? Nawet teraz, kiedy pomyślę, że mogę mieć ten rarytas w każdej ilości i w każdej chwili, wzruszam ramionami. Żadna radocha. Co więcej, obstawiam, że zemdliłoby mnie w połowie słoika.

Poza nutellą, szczęście oczywiście miewało dla mnie inne oblicza. Przywołując je wszystkie w pamięci, pytam samą siebie dalej: czy chciałabym mieć cały czas dwadzieścia lat i studiować na pierwszym roku w Krakowie? Czy chciałabym spędzać 365 dni w roku, focząc się w pełnym słońcu na plaży i dbając, by nie zeszła ze mnie oszałamiająca opalenizna? Czy chciałabym, żeby moje dzieci były małe w nieskończoność albo żeby przyjaciele ze szkolnej paczki BFF nie zakładali rodzin i nie wyjeżdżali w świat? Czy mogłabym zawsze nie spać i nie jeść z miłości, siedem razy w tygodniu tańczyć kazaczoka do białego rana, notorycznie pić tę samą kawę z kotem nieschodzącym z kolan, czuć tak samo, myśleć tak samo, żyć w identycznym stanie ciała, ducha i umysłu? Zdecydowanie nie, bo... byłabym bardzo nieszczęśliwa.

Szczęście to nie rodzaj homeostazy, polegający na utrzymaniu stałych parametrów wewnętrznego systemu przeżywania. Taka stałość to coś nieznośnego - zwariować można od bycia w ciągle niezmienionym stanie. Przecież żeby coś mnie uszczęśliwiło, musi najpierw być poza moim zasięgiem, jak salceson zawieszony na gałęzi albo nutella zamknięta w kredensie. I dalej, żeby szczęście cały czas mi smakowało, nie mogę mieć go w nadmiarze i nie może smakować wciąż tak samo… 

Mamy niesamowitą zdolność przyzwyczajania się do tego, co już posiedliśmy. Intensywność odczuwania przyjemnych stanów bardzo szybko słabnie. Chcemy więcej, bardziej, częściej lub inaczej. Chcemy zmiany, bo życie, bo wszechświat to również nieustająca zmienność, przemijalność, przeobrażanie. Zastygnięcie w czymkolwiek na zawsze to śmierć.

Czy w takim razie największym szczęściem jest wieczna za nim gonitwa? Czy z wywieszonym językiem i kapiącą śliną mamy polować na chwile satysfakcji, które zaraz mijają i zostawiają nas o głodzie?

Przeczytałam pewne zdanie w jednej z książek Katarzyny Miller i wtedy mnie oświeciło: Szczęście to umiejętność, którą mogę w sobie rozwijać. W dodatku nie muszę na nią czekać, bo ona zależy całkowicie ode mnie! To ja decyduję, co dobrego i przyjemnego wyciągam ze wszystkiego, co robię i co mi się przydarza. Również z tego, że coś przemija. Bo gdyby poczucie szczęścia wynikało z okoliczności zewnętrznych, stworzylibyśmy zamknięty katalog obligatoryjnych szczęśliwców: wszystkie długonogie blondynki, wszyscy między 18. a 25. rokiem życia, wszyscy przekraczający próg dochodowy klasy wyższej, wszyscy niechorujący na raka, i tak dalej. Należysz do ligi i szczęście zagwarantowane.

Jeśli zatem szczęście to umiejętność, powinno znajdować się w czołówce skilli w CV i na liście kluczowych kompetencji Komisji Europejskiej. Jako pracodawca zadawałabym na rozmowie kwalifikacyjnej tylko jedno pytanie: czy umie być pan szczęśliwy? Albo: co pani robi, żeby być szczęśliwą? A co się dzieje, jeśli nie zdobędzie pan salcesonu? A co, proszę pani, kiedy kończy się nutella?

Na moim świadectwie dojrzałości nie widnieje niestety zapis: “uszczęśliwianie siebie - celujący”. Na półmetku życia postanawiam wreszcie sama zabrać się za własną edukację. W ćwiczeniu tej bardzo pożądanej umiejętności setki mądrych głów doradzają w gabinetach, poradnikach i youtubach. Kto z nich wie najlepiej, jak uczynić mnie kompetentną we własnej szczęśliwości? Wybieram inną metodę. Otwieram rano oczy, patrzę przez okno na kolor dzisiejszego nieba, i mówię do siebie: Cześć, jak się masz? Co czujesz, czego pragniesz? Co dziś jest dla ciebie słoikiem nutelli, który sama otworzysz i zjesz tyle, na ile masz ochotę, delektując się właśnie tym, że za chwilę tego już nie będzie? W kredensie życia jest jeszcze tyle smakołyków!


Aleksandra Lemańska

 

Zostaw komentarz