Odwiedź nas na facebooku

W brzuchu Benjamina

Dwa tygodnie temu zdechł Benjamin. Opiekun oceanarium zarządził sekcję, która wykazała, że biedak miał w brzuchu kilka kilogramów śmieci. W końcu uznano, że śmierć nastąpiła z przyczyn naturalnych, ale postanowiono położyć na akwarium solidną pokrywę. Ostatecznie, chociaż Benjamin miał prawie pięćdziesiąt lat, co, jak na białuchę, jest całkiem sędziwym wiekiem, mógł spokojnie pożyć jeszcze parę. Poza tym, był miłym zwierzęciem, które chętnie podpływało do ludzi, więc opiekunowie mieli żal do zwiedzających. (Smuga, który cierpiał na cynizm nabyty, powiedział, że pewnie niejeden z opiekunów choć raz wrzucił papierek do wody, by zobaczyć jak ciekawski zwierzak się nim bawi. Pewnie miał rację. Możliwe też, że cynizm nabyty jest zaraźliwy.)

Wystawę otwarto pięć dni po sekcji. Po rozcięciu jamy brzusznej Benjamina znaleziono tam taką kolekcję kapsli, woreczków, patyczków po lizakach i papierków po cukierkach, że postanowiono stworzyć z niej mały gabinet osobliwości. Kiedy zobaczyłam na wystawie mojego konika, przez moment nie wierzyłam własnym oczom. Po pierwsze nie przewidziałam, że ta głupia białucha naprawdę połknie szachową figurkę. Po drugie zdziwiło mnie, że ta zdawała się być w idealnym stanie, mimo, że minęły całe miesiące odkąd w gniewie wrzuciłam ją do wody. Jednak to był mój konik - na czubku głowy miał oczko, żebym mogła nawlec go na łańcuszek i nosić na szyi, czego nigdy nie zrobiłam. 

Następnego dnia poszłam na wystawę tuż przed zamknięciem i gdy nikt nie patrzył, zabrałam figurkę z gabloty. (Nie było to szczególnie trudne. Nie była zamknięta na klucz, a komu by się chciało instalować monitoring nad gablotą pełną śmieci?) Teraz też mam konika w kieszeni. Siedzę na ławce naprzeciw gabloty i myślę o moim wampirze. Zastanawiam się czy mi wybaczy.

W tym miejscu muszę wyjaśnić kilka faktów. Wychowywali mnie dziadkowie mieszkający na piętrze miejskiej biblioteki. Rodzice osierocili mnie we wczesnym dzieciństwie. Nie są częścią tej opowieści, wystarczy więc jak napiszę, że byli dobrymi ludźmi i bardzo mnie kochali. Zginęli w wypadku samochodowym, gdy miałam dwa lata. W domu dziadków nigdy niczego mi nie brakowało, a przynajmniej tak mi się wydawało, dopóki nie pojawił się Smuga. 

Naprzeciwko biblioteki stała ładna kamienica z czerwonej cegły. Jej część była przekształcona w małe oceanarium, gdzie lubili czasem przychodzić turyści, między innymi żeby popatrzeć na Benjamina, białuchę arktyczną, którą trzymali w akwarium poprzedni mieszkańcy. Nad zbiornikiem kiedyś podobno stało rusztowanie, z którego można było podziwiać zwierzę z góry, ale rozmontowano je ze względów bezpieczeństwa. Kto i kiedy wybudował dom, tego nie pamiętał nawet dziadek, ale powiedział, że poprzedni właściciele zgromadzili pokaźny zbiór książek, z których część przetrwała wojnę. Teraz były one częścią prywatnej kolekcji tajemniczego właściciela. 

Oczywiście jak każde dziecko lubiłam tajemnice. Wyobrażałam sobie, że właściciel jest ekscentrycznym kolekcjonerem antyków, który kupił dom, po czym porzucił go, by podróżować po świecie. Innym razem był naukowcem, zwolennikiem eksperymentów na ludziach, który w piwnicach domu trzymał swoje makabryczne trofea.  Najbardziej lubiłam jednak historię o dalekim krewnym, wyrzutku, który pewnego dnia powróci i zamieszka w domu przodków. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że w domu może ktoś mieszkać. 

A jednak Smuga tam był, ukryty wśród swoich książek, które tak kochał, a które wkrótce i ja miałam pokochać.

Któregoś dnia po prostu zjawił się u mnie w domu na obiedzie. Mogłam mieć najwyżej pięć lat. Pamiętam, że nic nie jadł, a w prezencie przyniósł mi książkę, pierwszy tom Harry’ego Pottera. Z miejsca go polubiłam. Dziadkowie powitali go z radością, jak dawno niewidzianego członka rodziny, a on wydawał się zaskoczony i uszczęśliwiony tak ciepłym przyjęciem. Widząc z jaką niecierpliwością wyczekuję kolejnych wizyt miłego sąsiada, dziadkowie pozwolili mi go odwiedzać, pod warunkiem, że nie będę przeszkadzać mu w pracy. (Zaspokoję waszą ciekawość i wyznam, że Smuga jest weterynarzem, choć jeździ do pacjentów tylko wtedy, gdy poprosi go o to przepracowany kolega po fachu. Jak się okazuje, nie każdy wampir musi być hrabią.) Zyskałam w nim przyjaciela, nauczyciela i towarzysza zabaw, którego do tej pory mi brakowało.  Nie należałam do nieśmiałych dzieci, ale w sąsiedztwie nie miałam rówieśników, z którymi mogłabym się bawić. Jeśli nawet byłam dość samotna, obecność Smugi wynagrodziła mi to po stokroć. Z nim nie było mowy o nudzie. Byłam zachwycona jego domem, pełnym książek i niezwykłych mebli oraz oceanarium, którego pracownicy wkrótce zaczęli traktować mnie jak jednego z mieszkańców. Co do Smugi, zawsze witał mnie ze spokojnym zadowoleniem, gdyż należy do tego rodzaju ludzi, którym obecność dzieci nie jest wstrętna. 

Czasami grywaliśmy w szachy. Marny był ze mnie gracz, ale w wieku sześciu lat obudziła się we mnie żyłka sportowca. Po pierwszej partii, którą dał mi wygrać (ku mojemu oburzeniu) Smuga roztropnie nie robił nic żeby ułatwić mi wygraną. Byłam tym zachwycona. Dzieci lubią jak traktuje się je jak równych sobie, nawet jeśli są przez to skazane na porażkę. Poza roznoszeniem mnie w rozgrywce, Smuga wiele mnie nauczył. Po skończonej partii zawsze na głos analizował nasze ruchy. Coś z tych nauk zostało mi w głowie, bo końcu go pokonałam, a kiedy to się stało, uścisnął mi z powagą dłoń. 

-  To była dobra partia - powiedział z uśmiechem i zaproponował, żebym na pamiątkę pierwszej wygranej zatrzymała figurkę króla. Ja poprosiłam o skoczka, a Smuga dorobił mu oczko, żebym mogła go nosić na łańcuszku.

Przerwę w tej chwili na moment i opiszę wygląd Smugi, żebyście mogli go sobie dokładnie wyobrazić. Należy on do tych szczęśliwców, których twarze nie mają wieku; równie dobrze mógłby mieć trzydzieści jak i czterdzieści pięć lat. Ma zielone oczy i ciemne włosy. Kiedyś wydawał mi się bardzo wysoki, ale teraz sięgam mu do ramienia, więc nie może mieć więcej niż metr osiemdziesiąt. Nosi ciemne ubrania z dobrych materiałów. Rzadko rozstaje się ze swoim szarym płaszczem, na pewno dlatego, że wie, że dobrze w nim wygląda. Kiedy się uśmiecha, kąciki jego oczu się unoszą, a kiedy widzi zwierzę, wyciąga rękę, żeby je pogłaskać. 

Taki właśnie jest.

Musicie wiedzieć, że dzieci przyjmują świat takim, jakim jest. Ja nie byłam wyjątkiem i nigdy nie uznałam za dziwne tego, że nigdy nie widziałam jak Smuga je, ani tego, że w ciemności dno jego oczu odbija światło jak oko nocnego zwierzęcia. Uważałam za oczywiste, że potrafi podnieść skrzynię pełną książek bez widocznego wysiłku, lub w kilka sekund zbiec z pierwszego piętra do piwnicy. Jednak jakkolwiek ufne i niewinne, dzieci nie są pozbawione zdolności obserwacji. Szybko zauważyłam, że każdy dorosły po dźwignięciu z ziemi skrzyni z książkami ugina się pod jej ciężarem. Każdy - z wyjątkiem Smugi. 

Drugą cechą dzieci jest ich ciekawość. Któregoś dnia zapytałam więc:

 - Smuga, czy jesteś superbohaterem?

Smuga, trzeba to przyznać, zniósł to mężnie. Odłożył książkę na kolana i odparł:

 - Nie, jestem wampirem.

 - Takim jak hrabia Dracula? - zapytałam, zupełnie niezrażona.

Na co odparł, że tak, dokładnie takim i do tego wprost uwielbia pożerać nieznośne dziewczynki, które nie chcą iść spać. Ale byłam uparta i w końcu pokazał mi swoje ostre kły i wytłumaczył mi, że kupuje krew od rzeźnika i że poza mną i moimi dziadkami nikt nie wie, że jest wampirem i tak powinno pozostać.

Potem pozwolił mi wgramolić mu się na plecy i zaniósł mnie do domu. 

Ciekawość ma to do siebie, że niezaspokojona, generuje pytania. Następnego dnia zapytałam:

 - Smuga czy jest więcej dobrych wampirów?

Znowu, prostota umysłu dziecka. Skoro Smuga jest dobry,  to pewnie są i złe wampiry. Ale przecież tych dobrych musi być więcej, prawda?

Spojrzał znad papierowego samolocika, którego właśnie dla mnie sklejał.

 - Tak, znam takich. 

Ale prawdziwą radość sprawił mi mówiąc: 

 - Kilkoro nawet mieszkało w tym domu.

- Proszę, opowiedz mi o nich!

Tamtego wieczoru Smuga opowiedział mi o Wilmie von Einzbern, do którego należał dom, zanim Smuga w nim zamieszkał, o jego przyjacielu Arturze i siostrze Artura, Elizie i Wasiliju Starkowie, którzy często gościli w domu Wilma.

Przez lata dowiedziałam się bardzo wiele o mieszkańcach domu. Polubiłam wesołego Artura i jego siostrę-bliźniaczkę Elizę, cichego Wasilija i samego Wilma, który miał w zwyczaju zabawiać towarzystwo grą na pianinie. 

 - Grał bardzo dobrze - powiedział Smuga. - A kiedy nie miał pod ręką pianina, wystukiwał melodię na blacie stołu, poręczy schodów lub ścianie. Kochał muzykę - spojrzał przez okno. 

 - Co się z nim stało? - zapytałam, ale on tylko zacisnął zęby i odwrócił wzrok, więc zrozumiałam, że na dziś koniec opowieści.

 

*

 - Chciałbym poprosić cię o zajęcie się domem pod moją nieobecność - powiedział Wilm von Einzbern, opierając się o barierkę balkonu. Z wnętrza domu dobiegały śmiechy i potok francuszczyzny. To Artur bawił gości swoim talentem do języków. 

 - Wyjeżdżasz do Niemiec? - zapytał Smuga. - Na długo?

 - Nie wiem - Wilm zastukał palcami o barierkę. - Wuj ostatnio podupadł na zdrowiu. Boję się, że jeśli teraz nie pojadę, później będę tego żałował.

Smuga wiedział, że wuj Wilma adoptował go, gdy ten stracił rodziców. Był dla niego jak ojciec. Pozostał nim nawet wtedy, gdy Wilm został ukąszony przez wampira. 

 - W Niemczech panują teraz burzliwe nastroje.

 - Nie tylko tam - westchnął Wilm. - Artur i Wasilij też wyjeżdżają. Ich dywizjon się przenosi. 

 - Mówili dokąd?

 - Nie - Wilm pokręcił głową i uśmiechnął się gdy francuski szczebiot za ich plecami przeszedł w rosyjski. - Oni sami chyba nie wiedzą.

Smuga wsłuchał się w głosy w salonie. Bez trudu wyłowił z gwaru spokojny ton Wasilija i dźwięczny tenor Artura. 

 - Pomyśleć że przy pierwszym spotkaniu złamałem mu nos - powiedział z zadumą. 

 - Cóż, myślałeś, że chce cię zabić, więc chyba nie chowa do ciebie urazy. 

Miał rację. Rodzina Artura i Elizy od wielu pokoleń polowała na wampiry, ale rodzeństwo zerwało z tą tradycją. Stwierdzili, że istnieją lepsze sposoby na przysłużenie się ludzkości. 

 - Tak jakby Artur kiedykolwiek chował do kogoś urazę.

 - Weź pod uwagę fakt, że użyłem kastetu.

 - Urazy mojego brata chowam ja - Eliza weszła na balkon. W kąciku ust trzymała papierosa. Miała na sobie perłowobiałą sukienkę i za wyjątkiem nosa była bardzo podobna do brata. Oboje mieli ciemnoniebieskie oczy i grzywę ciemnych włosów. - Bezpiecznie i głęboko. 

 - Nie wątpię - rzucił Wilm z rozbawieniem i podpalił jej papierosa. 

Smuga zauważył, że brakuje jej jednego kolczyka.

 - Dzięki - wypuściła z ust obłok dymu. Zauważyła jego spojrzenie i i dotknęła ucha. - Musiał mi spaść kiedy karmiłam Benjamina. Co to w ogóle za pomysł z tym rusztowaniem? Prawie wpadłam do wody. 

 - Muszę wracać. Zaniedbuję gości. - odezwał się Wilm. Jego szare oczy błysnęły czerwienią, gdy padło na nie światło. - Nie martw, się - powiedział do Smugi. - Wrócę możliwie jak najszybciej.

*

Sama nie wiem kiedy przyszło mi do głowy, że Smuga może zmyślać. Przez lata wiele razy widziałam jak porusza się z nadludzką prędkością albo podnosi rzeczy, których nie uniósłby normalny człowiek. Widziałam jak pije krew z butelki krzywiąc się z niesmakiem, bo nie ma nic bardziej obrzydliwego dla krwiopijcy niż zimna krew. Nigdy nie zwątpiłam w to, że naprawdę jest wampirem. Być może przychodzi taki czas, kiedy człowiek po prostu musi zakwestionować słowa starszych i mądrzejszych od siebie. Dla mnie nadszedł on trzy miesiące temu. 

Obserwowałam wtedy ze Smugą, jak Benjamin leniwie snuje się po akwarium. Właśnie wróciliśmy z wizyty u gospodarza, którego krowa miała problem z wycieleniem się i oboje byliśmy utytłani śluzem i krwią.

 - Gdzie jest teraz Wilm i reszta?

Smuga spojrzał na mnie ze zdziwieniem. Na policzku miał smugę brudu, a we włosach słomę.

 - Cóż, Artur nie żyje. Zginął w czasie… 

 - Nie chcę tego słuchać.

Umilkł, nie karcąc mnie nawet za niegrzeczność, co oczywiście sprawiło, że poczułam wstyd, a potem gniew na siebie za to uczucie. 

 - Dlaczego w domu nie ma żadnych zdjęć? Po Wilmie i reszcie powinien zostać jakiś ślad. A może to kolejna z twoich historyjek? Może wszystkich ich zmyśliłeś, kiedy mieszkałeś tu sam jak pustelnik?

 - Wyjdź - powiedział, nie patrząc na mnie. - Po prostu… opuść ten dom - głos miał spokojny, ale jego oczy płonęły wściekłością. 

Gniew ściskał mnie za gardło; chlupnęło. To mój konik uderzył o powierzchnię wody. Odwróciłam się na pięcie i wyszłam.

 

*

Stoję nad gablotą w oceanarium i przyglądam się przedmiotom z brzucha Benjamina. Jest tam kastet, którym Smuga złamał nos Arturowi przy ich pierwszym spotkaniu, są elementy wiecznego pióra, możliwe, że tego samego, którym Wilm von Einzbern pisał listy do swojej rodziny w Niemczech, jest i srebrny kolczyk, który mogła zgubić Eliza, albo inna kobieta na jednym z przyjęć. 

Patrzę i czekam, aż któryś z opiekunów oceanarium w końcu podejdzie i każe mi wyjść, bo dawno minęły godziny otwarcia. Nikt nie przychodzi, więc patrzę jeszcze chwilę, po czym wracam do domu.

 

*  

 

Jeśli któryś z mieszkańców ulicy Bibliotecznej w piątkowy poranek drugiego listopada wyjrzał przez okno, zobaczyłby na progu biblioteki trzy smukłe sylwetki. Któraś z nich musiała zastukać do drzwi, bo nie minęły trzy minuty, a drzwi uchyliły się, ukazując starszą panią w szlafroku. Gdyby obserwator miał naprawdę dobry wzrok, mógłby dostrzec na jej twarzy niedowierzanie. Jeśli miałby uchylone okno, usłyszałby jak kobieta odwraca się i woła:

 - Milo, obudź się! Smuga wrócił! Mówi, że musisz kogoś poznać. 

Za chwilę zobaczyłby jak na schodach pojawia się dziewczyna, która na widok najwyższego z przybyszy zarzuca mu ręce na szyję.

Możliwe, że patrzący zdziwiłby się, widząc, że oczy stojących na ganku odbijają światło latarni jak oczy nocnych zwierząt, ale dziewczyny to nie zdziwiło. Przesunęła się w progu w geście zaproszenia. 

Nikt nie patrzył. Ulica była pusta.

 

1
0
1
0
0

Zostaw komentarz